ASTRIS.
Skwarna, złota godzina lata! Sezon słońca...
Odpuszczam tobie, duszo moja, wszystko! Nie winię cię za nic. W taką pogodę przebaczam sobie nawet.
Prawdo, bajeczna prawdo, święć się!
Prześliczne głupstwo, rozczulająca radości,
Śmieszności anielska,
Trwajcie!
Myśli moje same plotą mi się w przedziwną antyfonę, w nieskończony łańcuch ozdobnych zawołań i pieściwych wyzwisk.
Bezdenna pobłażliwość szczęścia. Amnestya wszechrzeczom.
A wszystko to dlatego, że się nazywasz Astris i że się oczy twoje umieją cudniej uśmiechnąć niż usta.
Cały świat pachnie macierzanką i liśćmi poziomek, które już przejrzały. Opałowy kielich nieba sklepi się nademną wklęsłą, mieniącą przepaścią, która w tej chwili pełna jest pogody po obrzeże.
Coś nadzwyczajnego...
Nikt drugi nie mógłby się nazywać Astris, ani żadno inne imię nie mogłoby być twojem.
I pomyśleć, że ty jesteś naprawdę, że spotkać cię można gdziekolwiek, w pokoju, na gościńcu i w lesie, jak wszystkich, że można cię widzieć, jak jesz chleb z masłem, bez noża, krając kromkę białymi zębami w równo karbowane podkówki, że pić umiesz prosto ze źródła ustami i obuwie twoje bywa siwe od kurzu...
Astris...
Ciekawa rzecz co się stanie, gdy ci to wszystko opowiem kiedyś? Jeżeli opowiem... Możliwe jednak, że kiedyś, w jakimś ciepłym, dużym pokoju, siądziemy przy sobie o zmroku, na długą, poufną
rozmowę...
Ty, oddawna będziesz już wiedzieć o wszystkiem i usta nasze będą ku sobie śmiałe kochaniem.
Astris...
Widzi mi się twarz twoja młodociana o czystym, chudym owalu i twoje niezręczne ręce czuj wplątane palcami w moje włosy i oddech twój pachnący zdrowiem, jak oddech młodego psa.
Gdyby kto wiedział, jak bardzo cię kocham, o Astris i niechże odgadnie za co?
Czyżby istotnie za to tylko, że się nazywasz tak ślicznie i że oczy twoje umieją mi się cudniej odśmiechnąć niż usta?
Być może...
Boi mi się jakaś niesłychaność, jakaś ofiara królewska, hołd bajeczny, porywa mnie jakaś gwiaździsta pasya dokonania czegoś wspaniałego ku twojej czci, ale pojęcia nie mam coby to miało być?
Mam szalone pragnienie darowania ci czegoś, czego nie posiada nikt na świecie, czegoś, coby było najładniejsze i najdroższe i najbardziej tobie pożądane, ale nie wiem coby to takiego być mogło?
Tak malo znam ciebie, o Astris, tak mało wiem o tobie!
A nad ziemią dyszy słoneczny war pogody, pachną macierzanki i liście poziomek przejrzałych, nieruchoma chwila szczęścia, w której sam czas kładzie się zdrożony w cieniu grusz śródpolnych i drzemie.
I pomyśleć, żeś tak blisko mnie, że zobaczę cię jutro znowu i pojutrze także i nieraz jeszcze, i jeszcze częściej...
Głupie, cudowne, prześmieszne...
Wszystko nieprawda. Nikt nigdy nie nazywał się Astris, a choćby nawet, to nikt noszący imię podobne, nie miałby pyłu na obuwiu ani tak gminnych obyczajów, jak jedzenie chleba wprost zębami, bez noża.
Ani się komu śni jeszcze o lecie. Jest zaledwie przedwiośnie mokre i zimne i nikt nie przebacza sobie sam niczego z tej choćby prostej przyczyny, że się sam nigdy winnym nie czuje.
Nieporównuje się też oddechu drogiej istoty, do oddechu zdrowego psa.