Gdym drzwi komnaty mojej przestała zasuwać ryglem, gdy stała otworem na przestrzał, słońcu gościnna i przewiewom, tyś stanął w progu, królewiczu!

Niespodziany, przepiękny, młody.

Nikt wjazdu twojego nie otrąbił mi przed wrotami, nikt mostu zwodzonego nie spuszczał, nikt z ukłonem u proga uie czekał, jeno słońce zapadające wyszło ci dwornie naprzeciw i złotogłów blasków swoich rozesłało przed stopy szeroko.

W zwykłych codziennych szatach zastałeś mnie w komnacie mojej...

W rozbłysłych weselem oczach twoich poznałam, jakom piękna jest, młoda i pożądana.

O w bowiem jesteś, co wchodzi do izby znienacka, przez drzwi, co stoją otworem bezpieczne, nie wołany, niespodziany, tam, gdzie nikt na nic nie czeka, a serca więdną w samotni przedwcześnie.

Ów bowiem jesteś, za którym dziewczęta o zmierzchu dnia wiosennego płaczą, łez swoich przyczyny nie znając.

Ów jesteś, co się czekającym nie ukaże nigdy, ni wrócić może kiedy powtórnie.

Jako młodość i życie jedyny.

O w jesteś...

Chłodno już i późno. Nie moge iść już dalej za tobą. Tam, za tą bramą kowaną leży cały świat. Tam odejdziesz, a ja królewiczu, zostanę.

Wicher targa twoim płaszczem i rozrzuca włosy. Jesteś, jako ptak, zrywający się do odlotu na jesieni, jako ptak o skrzydłach młodych, nie znużonych niczem.

Błogosławieństwo skrzydłom twoim i żegnanie, ptaku!

Tu się rozejdziem. O, nie zatrzymuj mnie dłużej, bo od lat zbiera mi się na płacz za czemś, co może właśnie tobą być mogło, tobą było, królewiczu...

Powiedziałabym ci tyle cudownych, niesłychanych rzeczy!

Wyjawiłabym ci rzeczy słodkie a proste, od których oczy twoje rozwarłyby się szeroko i zatrzepotały rzęsy złotemi, a serce dojrzało-by w tobie z nagła, jako owoc w słońcu!

Ale nie powiem nic.

Opowiedziałabym ci baśń o prawdzie przedwieczną, baśń o nas samych i życiu, o godzinie zmierzchu błękitnej ciągnęłabym ją, jako złotą nitkę miodu, bez końca, — byle dłużej w twarz twoją poglądać, wzrok twój czuć dłużej na sobie.

Ale niepowiem. Może kiedyś, kiedyś, nie teraz...

Zielna i kwietna jest jeszcze dusza twoja. Jesteś cały, jak śpiew o pogodzie i wiośnie pod jesień.

Nierozkwitnij, nieokwitnij jeno przed porą!

Nie widzę już twarzy twojej, nie widzę już oczu twoich i ust!

O mroku zły, o nocy chytra, podstępna!

Zaświeć kaganek! Spiesz! Przez chwilę bodaj chcę jeszcze patrzeć na ciebie. Chcę zobaczyć twarz twoją w płochliwem świetle płomyka, nim przepadnie we ćmie, nim mi się we wichrze i nocy zatraci...

Mocniej uderzaj o sztylet! Mocniej krzesz...

Nie, nie zapali się. Wicher dławi skry nim z pod krzesiwa wytrysną. Przepadło.

Owiń się szczelniej w płaszcz. Pozwól, sama zepnę ci klamrę pod szyją.

Nie, nie... Nie całuj moich rąk!... Mówiłam przecie, że od lat zbiera mi się na płacz... Prawda, myślałam o tem jedynie. Skąd możesz wiedzieć?

Oczy twoje, o te oczy rozbłysłe zobaczyć raz jeszcze nim wrócę, nim w ciemności krużganków odejdę samotna!

Klękasz?! Czoło twoje dotyka moich stóp?

Nie, nie... Nie całuj trzewików moich... Szliśmy przecie przed podwórce i pył jest na nieb... Nie całuj!