OKRUCHY.
Czy ja wiem, czy ja wiem?
...Gdzieś, jakieś krużganki chłodne z przestrzenną perspektywą kolumn i miękkołukich sklepień, majaki malowań ściennych, blade jak sny, tysiącami spojrzeń żarliwych wypite, puste wnętrza marmurowych sarkofagów, a w zielonym kwadracie wirydarza cedr samotny, drzewo-mnich, drzewo-pustelnik, o spuszczonych ku ziemi, niby ramiona bezradne, gałęziach.
Trawy kwitnące pachną, gorą maki czerwone, płomienne, z róż mżą liście, z których woń wszystka uszła pobożnie ku słońcu i pustka nudzi się pokorna, niepomna już nawet swego wieku, zatracona w sobie, jak na służkę zakonu przystało.
Sen, nie sen...
...Podwórce pałaców oblane światłem lecącem z wysoka, blaskiem, przed którym oczy każde uciekaja w głąb czaszki a twarz najmłodsza choćby, jak pod działaniem myśli jakiejś prostej a górnej, starszą się zdaje i surową.
Wnętrza sal wysokich, z obłokami pełnemi bogów u powały, tkaniny drogocenne na zimnych, ciosowych ścianach, wystygłe jamy kominków, stoły z mozaik mistrzowskich, płyty klejnotne, na których zda się, nic nigdy spocząć nie śmiało, sprzęty zbyt cudne, by raczyły być użyteczne komukolwiek; drzwi rzezane w drzewie kosztownem albo z bronzu ulane, których, jako żywo, nikt dziś już przestąpić nie godzien, nadto wspaniałe, zbyt piękne dla zdyszanych pośpiechem czasów dzisiejszych... Dziś niema już czego na wrota podobne zamykać...
Sam czas niema już czasu na ludzi, skądże go ludzie mieć mogą dla — rzeczy?
...Jakieś błądzenia po komnatach książęcych, zaludnionych cieniami przypomnień, pustka stokroć pełniejsza od ciżby żyjącej...
Jakieś szukanie żałosne za czemś, co sie tu odprawiło, jak obrzęd jedyny, bezpowrotny...
Od wieków pogasły światła godowe, przeciąg dziejów wywietrzył z dymu kaplice, jeno ołtarze zostały i pomniki pogrobne...
I widzi mi się, że życie czasów naszych bardziej od grobów tych martwe.
...Zarysy postaci jakowychś, gnące się i niestałe, jak dym, twarze o barwach zetlałych, w promieniu słońca ożyłe, niespodziane połyski jedwabi, biel koronek wątłych jak okiść na krzaku tarnio-wym...
Czasem, zaznaczy się jakaś głowa półboska o uśmiechu ust młodzieńczych, nieznajomych zgoła a przecie zapamiętanych z dawności i drogich, za samą swoją piękność niewysłowioną.
Czasem ze ślizgoty atłasu, wychylą się jakieś dłonie niewieście, co pieścić umiały i zabijać.
Ręce wypoczęte od wieków, bezrobociem pokoleń leniwe, zwisłe w dół, niby liście omdlałego kwiatu...
Ręce istot chorych na tęsknotę przewlekłą nieugaszoną, w których wyrazie, streszcza się dobitniej nieraz niż w twarzy, zupełna beznadziej ność, całe znużenie wieków i wszystka przepadła radość życia.
Ręce o palcach wydłużonych czekaniem da remnem, bladych jak wosk gromniczny, który cl dotyku szukam śnieniem niewyraźnem w pamięci jako się szuka rzeczy bez ceny, w popiele białyn
...I twojej młodej twarzy szukam na staryc płótnach, o Astris!
Niema cię jednak, nie było cię tu nigdy i przepadnie królewska uroda twoja i ślad nie zostanie po jej śliczności młodzieńczej, po świetnej pysze twoich ust, po światłościach oczu...
Raz tylko, w jednej z chłodnych sal neapolitańskiego muzeum, zamajaczył mi twój uśmiech.
Tuż przy drzwiach na dole, witryna prastarych terakot z Lokri.
Kilka drobnych, archaicznych posążków, parę główek utrąconych od szyj o przedziwnym, nieopisanym uśmiechu warg ważkich.
Dobyto je wszystkie z odwiecznych grobowisk Grecyi.
Jak zatracone melodye mistycznych jakichś obrzędów, śnią się oczom przez zielonkawe przeźrocze szyb te zamierzchłe, niewysłowione uśmiechy ust boginkowych.
Delikatny, bladozłoty ton zwiędłych liści klonu powleka zetlałą glinkę. Okruchy niezrozumiałej a widnej przecie piękności, wymarłej sztuki, czy myśli zgaszonej, dosłownie okruchy.