Ale trzeba widzieć jakie to jakieś przytomne, jak mądrze milczące, jak pańsko wyniosłe.
Uśmiechnięte włożono je do mogilników z uśmiechem wyjrzały po lat tysiącach na świat.
I kto zdolen dziś pojąć przyczynę wyrazu tych twarzy nieprzeniknionych? Kto zgadnie czy wzięły one swój uśmiech ze świata za grób, czy słać go mają z za grobu na świat?
A jednak czujesz, że sama dusza Grecyi objawia ci się oto w tym uśmiechu z grobowisk, wyrazie pełnym nieśmiertelnej pogody, zwycięzkiej wzgardy, boskiej wiedzy o wszystkiem.
Jedna zwłaszcza z tych twarzy. Twarz zamierzchła, cudowna, piękniejsza od piękności samej, nie wyzbyta z pamięci, nieporównana z niczem.
Chudy pociągły owal, o szeroko rozpiętych lukach długich powiek, pod wyostrzoną śmiertelnie linią nosa usta zwarte, przewykwintne — a w podniesionych kątach tych ust zaczajony, żywy uśmiech.
Uśmiech który zdaje się mówić:
— Niepowiem, choć wiem — a może i wiem, że niewiem?...
Uśmiech skryty, a wymowny, a niepoj ety, straszny niemal wobec obojętnej martwoty wielkich oczu, otwartych bez Ięku na jakąś niezmierzoną, nieoglądaną na ziemi przestrzeń.
Bo przecie, iżby się tak módz uśmiechnąć, trzeba wpierw popatrzeć na życie z tamtego brzega.
Ta jedna jest najpiękniejsza, choć rysy każdej z masek zawsze te same, o wyrazie powtarzanym z umyślną wiernością, niby solenny gest obrzędu, święty ideogram, znaczący jedne i tę samą hieratyczną tajemnicę. I czuje się, że wyraża on coś, na co słów niebyło i niema do dziś, że wywołała go jakaś prawda wysokiego rodu, głębokiej przyczyny, ta sama, którą znają mądre uśmiechy bazaltowych sfinksów, o której święcie milczą czyste wargi Budhy, którą tchnie egiński uśmiech Apollina z Tenei i że uśmiech ten, spoczywając jak motyl polotem wieków znużony, na ustach posągów leżących na sarkofagach Etruryi, zajaśniał w sztuce ostatni raz, żywy i niedościgły, jak zawszej, na urocznych wargach leonardowej Giocondy...
Niema w nim dobroci ani gniewu, nic z ludzkich, powszednich uczuć. Jest raczej niezachwiana pewność, tragiczny spokój rzeczy niewysłowio-nej, niechybnej, niecofnionej, jak śmierć. Jakiejś najdonioślejszej, najuroczystszej rzeczy pod słońcem.
Uśmiech — jaki zjawia się czasem na twarzach ludzi umarłych i jakim uśmiechać się musi w niektórych chwilach przyroda.
Twój uśmiech...
Do ciebie mówię dziś to wszystko. Możesz wątpić ale to prawda.
Mnie się wiele zdaje i tylko niektóre rzeczy wiem na pewne. Nie o wszystkiem mówię, co prawda, i nie wszystko zrozumiałbyś cobym powiedzieć mogła.
To jednak piszę dlatego, żebyś przeczytał.
Sen, nie sen...
Ogrody rozwoniałe zapachem bukszpanów i cyprysów, gąszcze mokre po deszczu wiosennym, pełne ław kamiennych pustych i ścieżek pustych i chłodnych cienników laurowych, po których nie błądzi nikt, prócz splątanych filigranów cieni.
Westchnienia odwieczne włóczą się tchy won-nemi po błędnikach, uciec nie mogąc z matni rozkosznej, niezdolne rozstać się z miejscami tęsknot próżnych i czekania na nic.
Posągi białe w skromnej nagości piękna, jedynie róż zapachem odziane, wtulone w chłód oliwnej zieleni; świetlista wilgoć wodotrysków, wonie ciepłe, słodkie, mocne i jeszcze pustka, po trzykroć pustka.
O róże, o róże stulistne!
Znasz ty jedną baśń północną, bajkę o Królowej Śniegu? Nie lubię końca tej baśni, ale jest tam jeden ustęp, w którym kwiaty opowiadają bajki o samych sobie.
Mnie róże stulistne mówią o jakimś pustym pałacu o pokojach wielkich, wymarłych, pełnych sprzętów złoconych i hiaJych, których widma dwoją się w posadzce, jak lód gładkiej, gdzie w ramach nudzą się śliczne obrazy, a na konsoli, pod zielo-nem zwierciadłem, wdzięczą się figurynki cacane i tętni serce starego zegara, który Bóg wie kto nakręca.
Widzę szeregi komnat nie zamieszkałych już od dawna, opustoszałych po szczęściu i smutku i wszystkiem, komnat książęco-wytwornych, w które szczelinami spuszczonych rolet wkradają się wazkie smużki słonecznego światła a powietrze cięży staroświecką wonią róż stulistnych, osypujących się z bogatych klombów pod oknami.