Gdzieś w głębi otworzono jakieś drzwi niewidzialne i przeciąg ciepły, słodki, przewonny płynie powoli przez pokoje puste, porusza żółtawe jedwabie kotar nad łożem pustem, trąca ścichłe struny szpinetu, muska pieściwym oddechem portrety pięknych kobiet, które już dawno umarły.
Czuję spojrzenia licznych źrenic, a każde prawią mi swoją własną opowieść, jak kwiaty z bajki.
I widzę biurka zamknięte, w których blednąc muszą dawne listy miłosne, taić się słowa nie ostygłe do dziś, a na kunsztowną markieteryę przykrywy sypią się z bukietów różanych, wielkie, pobladłe płatki, niby pocałunki spóźnione czyichś ust najdroższych...
...Jakieś skrytki wysuwane cicho ze starych kantorków, podnoszone wieka skrzynek bronzo-wych, które pawi błękit emalii arabskiej powleka, puste schowki z drzewa lekkiego, jak korek, pokryte intarsyą przedziwną, w których już nic nie zostało prócz woni. Bije z nich ta niespodziana, silna woń dawnych pachnidel, woń poufna i dochowana wiernie, jak tajemnica serdeczna, niosąca w swoim wyziewie mnóstwo sobie tylko wiadomych przypomnień, wzruszeń niezrozumiałych już dla nikogo, zapach dziś jeszcze za mocny, za słodki...
...Dźwięczny chrobot klejnotów we wnętrzu srebrnego skarbczyka, zimne ognie drogich kamieni, mgławy mat półżywych już pereł, złoty po-dźwięk zausznic, smutne oczy pierścieni, gibkie stawy ogniw u kutych, rycerskich łańcuchów...
Zwidują mi się rzeczy dawne bardzo i drogocenne, zwidują mi się cienie jakoweś pańskie a spo-korniałe zapomnieniem śmiertelnem, coś mi się z całunów pajęczych od wij a przed oczyma, świetniej e przez chwilę blaskiem pozgonnym i w dym się przemienia ruchomy, pełznący.
I słowa jakieś słyszę klejnotom ognistym podobne, myśli z kutego złota, ogniwy gibkiemi sprzęgane, myśli srogie, pod pięknością czół gładkich wylęgłe, żądne piękna i krwi, — myśli okrutnie cudowne i cudownie okrutne, spuścizna po duchach przebogatych, marnotrawnych, rycerskich...
I serce moje zazdrosne zawidzi umarłym ustom wina, które wypiły i młodych, spełnionych win, których skrucha pokutna nie tknęła.
I chce mi się pić z tych puharów, których już niema, usta moje łakome są kryształowych, strzaskanych ich obrzeży i płomienia napoju.
I chce mi się dostać radością jakąś w samo serce, jak sztyletem błyszczącym, poznać z rany broczącej, że żyję i niech potem z piersi ostatnia krwi kropla ucieka!
Zwiduje mi się życie żywe, ogromne, rażące blaskiem, natężone barwami, od których oczy moje ślepły-by z rozkoszą, jakaś piękność niedozniesie-nia, porywy szaleńcze zasłaniające pół niebios biciem skrzydeł buńczucznych, jakieś zwycięstwa i zenity twórcze, teraźniejszość od wróżb wszystkich świetniejsza, coś, czego pierworodną tęsknotą dusza człowiecza pragnie, czego pełne sny ludzkie i piersi, czego się zdawna szuka wszędzie na okół, byle nie zablizko, byle szukać najdłużej...
O życie, o róże stulistne!
Znasz bajkę o Królowej Śniegu? Jest lam jeden ustęp, w którym kwiaty opowiadają swoje powieści. Jedne są dziwaczne, inne proste, wiele nieszczerych, a wszystkie o sobie... Zupełnie, jak nasze...
Ale prawda, już ci mówiłam o tem... Nie lubię końca tej bajki. Pamiętaj nie czytać jej nigdy do końca, niczego nie czytaj do końca. Początek zawsze najlepszy...