Cienki twój, wytworny profil zacina sie ostro, jak zeszłowieczna sylwetka na jasnem tle okiennego rozworu.

Przez okno płynie woń więdnącego sadu i silny zapach zsypanych gdzieś w pobliżu jabłek. Powiew świeżej fali powietrza pieszczotą ust jakichś niewidzialnych dotyka twego czoła i porusza kartki czytane.

A za tobą zegar odwieczny tętni z cicha, niby arterya krynicy niewyczerpanej i pachną stare, dobre książki...

O czem czytasz? Co myślisz? Jak na imię tęsknocie twojej? I jak wygląda ta dziewczyna, ktorej nie znam, o której istnieniu nie wiem nic, prócz tego, że ją kochać musisz?...

Jakie marne i jakie kochane muszą być wiersze twoje do niej...

Chciałabym czytać je wszystkie i, wierz mi, podobałyby mi się, jak żadne z tych najlepszych...

Jesteś bowiem w tym wieku, kiedy się pisze najgorzej, a czuje najlepiej, myśli najprościej, kiedy Poezya w ludziach nie zdążyła się jeszcze postarzeć w Sztukę.

Niepocieszony smutek jesiennego zmierzchu płynie przez ogród.

Monarsza czerwień winogradu, teraz, gdy słońce gasnąc, zdjęło z niej wszystek czar swojej świetności przedzgonnej, zwisa, jak stargany, ciemny łachman cygański na zmącone przeźrocze szyb.

Miłościwe oszukaństwo jesieni, spóźnione względy dla nieżywych, bengalskie ognie ostatniej odsłony, po których wszystko na okół wygląda brudne i niepotrzebne.

Co prawda zresztą, niema pod słońcem rzeczy — potrzebnej...

Przez otwarte, szklane drzwi werandy, za-wiewa coraz wyraźniej natrętny ziąb wieczora.

Klonów, bez szelestu, cichym jakimś dreszczykiem wstrząsane, oblatują pierwsze złote liście, podobne listom miłosnym, które zbladłe już, pożółkłe, zapomniane, postradały od wieka żywą wartość pamiątki.

Zimno...

Nagle, — spieszne kroki na ścieżce za wę-głem. Zwir suchy chrzęści niemal dźwięcznie.

Pomimo mroku, jednym ciosem spojrzenia, poznaję wysoką młodzieńczą postać, twarz znajomą, prawie już męzką.

I równocześnie, na widok tej młodej twarzy drze mi się coś w sercu do krwi, jakiś wstyd wrzący a rzewny, zalewa mi czoło płomieniem, jakieś rozradowanie pomieszane bez ładu z żalem głuchym i tęsknotą niedozniesienia, krępuje mnie jakby pasmami, mocno, mocno...

Ledwie moge wyciągnąć dłoń witającą, ledwie mam siłę odpowiedzieć na uścisk i słowa szybkie, proste:

— Szukam pani po całym domu, szukam i szukam...

— Szukam także, ale jakoś nigdzie dopaść siebie nie moge...

Z wrogą urazą przysłuchuję się moim słowom. Słyszę rzeczy fałszywe, pospolicie poprawne, bez ratunku ode mnie dalekie i czuję niemal odrazę do siebie samej, jakąś złą radość z własnej, niepowrotnej szkody.

— Coś się ze mnie podziało, czy ja zgubiłam się czemuś? — myślę milknąc. — W każdym razie coś najcudniejszego przepadło.

I — o nędzo, wszakże pora kiedy się pisze najgorzej a czuje najprościej, została już poza

mną... ?

Przemyślałam za wiele, a żyłam za mało, to też ilekroć życie samo prosto, bez ogródki w oczy mi popatrzy, czuję się niem zalękła, zaskoczona jestem, jak ów najżarliwszy z pilnych uczniów Budhy, który, pojąwszy rzeczy niebieskie, najprostszej reguły żywego życia pojąć nie zdołał, dlatego jedynie, że mu była zbyt prosta...

Milczę obca zesztywniała, nie zdolna wyrzec jednego, zwykłego słowa ze siebie, jednego łatwego słowa, któreby mnie samej nie zabrzmiało, jak cudze, jak ukradzione...

I czy się tobie przyśnić może kiedy to, com ci w tej jesiennej, zmierzchłej godzinie, z całej mocy serca powiedzieć chciała?

Poco ja tu jestem, poco? I naco wogóle

wszystko?

Niepocieszony smutek jesiennego wieczora płynie przez ogród i zabiera nas na jednej, ciemnej fali razem.

— Astris, o Astris, dlaczego śnisz mi sie tak często?