POWRÓT.
Znajomemi schodami schodzę w dól, ku oszklonej werandzie.
Zachodzące słońce przesączone przez bujne sploty krwawego winogradu, zatapia światłem przestrzeń.
Jestem jeszcze znużona drogą i powieki drgają mi od blasku.
Wszystko, jak dawniej...
Ten sam stół długi na skrzyżowanych nogach, suche wianki dożynkowe na ścianach, pęki ziół schnących, rozrzucone zabawki chłopców.
Wszystko tak samo...
Dotkliwra, przeciągła tęsknota za tem wszystkiem co już widzę, com zobaczyć pragnęła na nowo, nie ustaje we mnie, trwa i boli.
Nie sprawdzam jeszcze dokładnie jawy przybycia, a już mam ochotę uciekać precz, choćby zaraz, byle daleko.
Bo i poco ja tu właściwie jestem? Poco? Z mozołem natrafiam wreszcie myślą na miejsce bolące pod czaszką.
Aha, wiem już... Tak, tak...
Własnej treści, przyśnień własnych, poszukać tu chciałam po tych kątach, znajomych, umiłowanych.
Wszakże to tu, pod tym samym dachem, przyśnił mi się ów sen, którego oczy moje do tej pory jeszcze z powiek olśnionych nie strzęsły.
Może się powtórzy, może wróci?
O, słońce pada właśnie na tę szybę iryzującą, przepaloną blaskiem, na której, tamtego lata, schwytały dzieci ważkę. Migotała na niej z brzękiem skrzydeł suchych, zalękła, śliczna. Puściliśmy ją potem na wolność i pamiętam jej lot kapryśny, półprzytomny, senny. Leciała jakby bez celu a jednak, z każdą chwilą oddalała się od nas, malejąc w przestrzeni słonecznej aż zgasła.
Myśli moje miały podówczas dziwnie podobny, półprzytomny lot.
Chwila była podobna obecnej. Popołudnie ciepłe jeszcze, a pełne już świeżych oddechów wieczora, takie same kwiaty '.kwitły na rabatach: astry, werbeny i nasturcye, podobne płomykom jaskrawym. Ogrzana słońcem weranda, przesiąkła dziewczęcym zapachem rezedy i smolną wonią nowych tarcic w podłodze.
Na stole, stały miski siwe pełne ożyn świeżych i pachło, tak pachło...
A przecie tamta chwila odeszła i zapach powtórzyć się może jedynie podobny.
Poco, poco ja tu jestem? No tak... Wiem przecie.
Głupstwo wierutne. Nic nigdy nie powtarza się w życiu to samo. Nic się powtórzyć nie może, nie powinno... Tamten rok minął i wszystko jest dziś inne, zmienione, zetlałe...
Wszakże i ja sama wyznać się w sobie nie zdołam.
Tamtego roku, pierwszą twarzą, na którą padł wzrok mój w chwili przybycia, była twoja... twoja..,
Uderzyła mnie odrazu wielka śliczność jej rysów i śmiały zarys brwi ciemnych nad jasnemi oczyma.
Oczy te, nasycone błękitem, ciekawe dziecinnie i dziecinnie szczere, spojrzały prosto w moje i zawarły przymierze odrazu.
Dziś, przybywszy, znów ciebie pierwszego szukałam oczyma na ganku pośród innych. Daremnie.
Czyżby istotnie mogł kto z was nie wiedzieć, albo zapomnieć, że dziś przyjadę, że dziś właśnie przyjeżdżam?
Tak długo dzieliła mnie od tego domu przestrzeń daleka, że ledwo zdołam sobie uprzytomnić pobliże pokojów znajomych, z których każdy, po woni właściwej, po trzaskaniu starych parkietów, przez sen choćby, rozróżnić potrafię; skrzyp drzwi każdych rozeznać po ciemku, poznać tykot każdego zegara.
Przypominam sobie kolejno wnętrza i sprzęty wszystkie, zimną białość cennych porcelan, zawrotne daie zwierciadeł, mleczne błyski konchy perłowej na wschodnich sepetach, migoty starych kling, splątane desenie kobierców, dziwne za nizkie i za wygodne fotele.
Smutna, zaciszna, martwa nuda mieszkań, w których już od dawna wspomnienia przeważyły szalę życia i głosu podnieść nie sposób.
Portrety z jadalni mam wszystkie w oczach, jak żywe. Na dom cały idzie od nich zaduszny spokój rzeczy przebytych, przebolałych, skończonych.
Dziwny dom, w którym dziwni ludzie mieszkali i marli.
Po ciemnawych pokojach szukam w nim myślą ciebie...
Może jesteś w bibliotece, tym dużym, nizkim pokoju, o małych oknach okratowanych, przez które nie widać nic, prócz zielonego pierza akacyj i kawałka ceglanej ściany oficyn.
Zieleń drzew tych, majowa aż do jesieni, odbija się w szafach oszklonych, pławi w gładkiej politurze mahoniów, przepaja wnętrze całe zielonkawym tonem starych szyb lustrzanych.
Pociemniałe obrazy wnikają w barwę obicia, jakby pierzchały z przed oczu, przytrzymane jedynie wązkiem obrzeżeni ram złotych. Treść każdego z tych płócien, jawi mi sie w pamięci nagle, z całą zwartością chwyconego momentu.